22.
niedziela, 30.stycznia.2011, 22:50
Peter, Ann i Marlena wyjeżdżali na Wielkanoc do swoich domów. Dorcas pomyślała, że będzie jej ich brakować przez te dwa tygodnie, ale później stwierdziła, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z Marleną ostatnio często się kłóciła o byle bzdety, a Ann musiała bardzo pilnie porozmawiać ze swoją matką na temat wyjazdu do USA, czego nie dało się załatwić listownie.
No i zbliżały się OWUTEMy. Pierwszy egzamin miał się rozpocząć o godzinie dziewiątej, 10 czerwca; niby zostało ponad dwa miesiące, ale taki krótki czas przed tak ważnym wydarzeniem płynie niewiarygodnie szybko. Każdy to wiedział.
Dorcas obudziła się w środę w środku nocy cała zapłakana. Nie miała ochoty wspominać tego snu, a była już całkiem rozbudzona, więc stwierdziła, że się przejdzie. Wzięła chyba najszybszy prysznic w swoim życiu tak, by nie obudzić Lily, ubrała się szybko w płaszcz i pożyczyła sobie pelerynę niewidkę z sypialni chłopców. Remus coś skomlał przez sen, kiedy weszła, ale nie zatrzymała się na tyle długo, by odgadnąć, o co chodziło.
Miała na tyle szczęścia, by na nikogo nie trafić podczas spaceru po zamku. Drzwi otwarły się, kiedy je grzecznie poprosiła, po czym wyszła na błonia. Skierowała się na prawo, w stronę stadionu quidditcha i usiadła na trybunach.
Gapiła się w murawę i rozmyślała o ostatnich wydarzeniach. Nikt jej niczego nie wypominał, nikt nawet się na nią sie skrzywił. Wszystko było w porządku - nic nie wymagało tłumaczenia. Dorcas kilka razy chciała przeprosić swoich przyjaciół, ale nikt jej na to nie pozwolił. Każdy uważał, że nie ma sensu.
Wtedy poczuła dziwne otumanienie i zauważyła jakiś kształt, biegnący skrajem lasu. Popatrzyła na księżyc, ale nie był on w pełni.
To zapewne było jakieś zwierzę.
Ale otumanienie nie mijało. Wtem Dorcas wydało się, że ktoś szpera w jej głowie; przechadza się krętymi ścieżkami jej umysłu, szukając tego, po co przyszedł.
- Wynoś się - warknęła dziewczyna i złapała się za głowę. Zacisnęła powieki i skoncentrowała się najbardziej jak umiała, po czym wypchnęła przybysza ze swojego umysłu.
Otumanienie ustąpiło, a kształt zaczął przemieszczać się w stronę zamku, czego Meadowes nie widziała.
Wróciła do pokoju wspólnego, gdzie nie było jeszcze nikogo. Po drodze minęła kilkoro duchów, ale żaden nie wyczuł jej obecności. Przy śniadaniu powiedziała:
- Ktoś w nocy usiłował wedrzeć się do mojej głowy.
Black upuścił widelec.
- Że co proszę?
- Byłam w nocy na spacerze. Siedziałam na trybunach i nagle ktoś zaczął mi jeździć po umyśle... więc go wypchnęłam.
James popatrzył na nią z wysoko uniesionymi brwiami.
- Tego, kto wdziera się do twojego umysłu, nie można ot, tak, z niego wypchnąć. Musisz posiąść sztukę oklumencji, całkiem s...
- ... tak, wiem, wiem.
- Widziałaś kogoś na błoniach? - zapytał Syriusz.
- Nie, tylko jakieś zwierzaki przy Zakazanym Lesie.
Łapa i Rogacz popatrzyli po sobie.
- Jasne - powiedzieli równo.
Ale na tym jednym incydencie się nie skończyło.
Kiedy siedziała w bibliotece w towarzystwie Jamesa, Syriusza, Remusa i Lily, powtarzając sobie wszystkie zaklęcia, jakie najczęściej występują przy zaliczeniach, znowu poczuła to samo, co podczas owego nocnego spaceru. Lekkie otumanienie, wrażenie, jakby coś wciskało się do jej umysłu... Znowu skupiła się najbardziej, jak potrafiła, zacisnęła szczęki i powieki i... wypchnęła intruza.
- Dorcas, wszystko w porządku? - zapytała Lily.
- Jasne - odparła z uśmiechem. Nie zamierzała im o tym mówić. Skoro jej nie wierzyli, to nie chciała, by uważali ją za czubka.
Nikt nie usłyszał cichego przekleństwa, dobiegającego zza regału.
Taka sytuacja miewała miejsce od czasu do czasu, ale nigdy, gdy była sama. Zazwyczaj podczas posiłków czy w bibliotece.
Ktoś używał leglimencji w stosunku do niej. Ktoś piekielnie w tym dobry; ktoś, kogo nie potrafiła dostrzec w tłumie ludzi.
I jakim, na Merlina, sposobem jej udawało się z tym walczyć?
Ferie wielkanocne naprawdę szybko minęły. Dorcas spędzała całe dnie na powtarzaniu materiału, pisaniu wypracowań, jakie zadali im nauczyciele, czy ćwiczeniu zaklęć. Naprawdę jej zależało. Niemniej jednak koszmary trochę ustąpiły, nie były aż tak przerażające i nie zawsze budziły ją w środku nocy, co sprowadzało się do tego, że zaczęła się wysypiać. W końcu. Nie wyglądała przy tym jak potwór, jej twarz znów nabrała kolorów, a cienie pod oczami zniknęły.
Ann wróciła do Hogwartu trochę przybita, jako że nie udało się jej dojść z matką do żadnego kompromisu; Peter znowu trochę przytył, ale nie tak bardzo, natomiast Marlena w ogóle się nie zmieniła. Nadal nie uważała na to, co mówi, nadal zadawała trochę za dużo pytań i nigdy nie wiedziała, kiedy skończyć.
Zaczęły się lekcje.
W poniedziałek przy obiedzie Dorcas zajęła się obserwacją swoich przyjaciół.
Na prawo od niej siedziała Lily. Jadła panierowanego kurczaka i nie obchodziło jej nic poza tym, co znajdowało się na jej talerzu. Na lewo od Meadowes siedział James, żywo rozmawiający z Remusem, który znajdował się po jego lewicy. Naprzeciwko Lunatyka siedział Glizdogon, lekko podłamany.
- N. Głupie, parszywe, wredne N - mówił ze wzrokiem wbitym w pusty talerz.
- Uspokój się, Glizd. Uczeń bez N to jak czarodziej bez różdżki, nie? - próbował pocieszyć go Syriusz.
- Taa...
Ann również była przybita. Rozmowa z matką poszła zupełnie nie po jej myśli. Pani Brown samotnie wychowywała swoje dziecko i była "najlepszą matką pod słońcem", zdaniem jej córki. Ale w kwestiach spornych zawsze stawiała na swoim i zazwyczaj Ann musiała jej ustępować.
Pani Brown nie była głupią kobietą i miała głowę na karku. Wiedziała, co działo się dookoła, wiedziała, kim jest Lord Voldemort i czego chciał. Ona sama była półkrwi czarownicą - jej ojciec był Puchonem, natomiast matka pracownicą banku. Sama wyszła za czarodzieja, który jednak opuścił ją, gdy była w ciąży. Bała się, lecz nie tyle o siebie, co o swoją córkę. Ta póki co uczyła się w Hogwarcie i miała tam zapewnioną najlepszą opiekę. Ale co potem?
Przeprowadzka do USA wydawała się pani Brown najlepszym pomysłem. Czego nie można było powiedzieć o jej córce.
Syriusz promieniał radością i cały czas się uśmiechał, nie wiedzieć czemu. A Dorcas, chcąc nie chcąc, uśmiechała się wraz z nim.
Marlena siedziała obok Łapy i poprawiała sobie rzęsy różdżką. To, czy się nie sklejają, było w owym czasie jej największym zmartwieniem. Meadowes szczerze ją podziwiała - McKinnon miała w nosie to, co działo się na zewnątrz, ale miała swoje zdanie na ten temat. Uważała, że taka gnida, jaką jest Voldemort, nie ma prawa bytu i że jeżeli będzie taka możliwość, będzie walczyć.
Och, oczywiście, że będzie. Bo Marlena zawsze musi być wszędzie tam, gdzie coś się dzieje.
Dorcas wracała właśnie z biblioteki z ciężką torbą na ramieniu. Była wyczerpana; pani Pince wygoniła ją tuż przed dziewiątą. Nie tylko nauka tak ją zmęczyła - musiała jeszcze odeprzeć trzy ataki kogoś, kto usiłował wejść do jej głowy. Była trochę zła na tego kogoś, a jednocześnie bardzo ciekawa, kim ten ktoś jest i czego od niej chce. I dlaczego jest aż tak uparty.
- Expelliarmus! - Dorcas nie zdążyła się uchylić i została trafiona zaklęciem prosto między łopatki. Upadła na kamienną posadzkę, a jej różdżka wysunęła się z kieszeni i wylądowała prosto w dłoni...
- To ty - warknęła, odwracając głowę, z twarzą zasłoniętą kaskadami włosów. Natychmiast wstała i znalazła się oko w oko z Markiem. - Bardzo honorowo walić dziewczynę zaklęciem w plecy. Bardzo, moje gratulacje, wygrałeś kociołek.
Ale Ślizgonowi nie było do śmiechu. Złapał ją za rękę i pociągnął do pierwszej lepszej sali.
- Czego ty ode mnie chcesz? - pytała Dorcas, wyrywając się.
- Zamknij się - mruknął i popchnął ją do środka.
Meadowes stanęła przy katedrze i założyła ręce na piersiach.
- No i? Po co to wszystko?
- A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. - Mówił szybko i był zdenerwowany. - Ktoś bardzo niemiły już niedługo będzie chciał się z tobą skontaktować. Miej oczy dookoła głowy i nigdy, powtarzam - NIGDY nie chodź po zamku sama. A tym bardziej po błoniach. Nocne przechadzki odpadają zupełnie, rozumiesz? Tak późne przesiadywanie w bibliotece również jest niewyobrażalnie głupie. Musisz być czujna, rozumiesz? I za cholerę nie wpuszczaj nikogo do swojej głowy. A teraz idź. Idź, mówię, nie gap się tak. I proszę, masz tutaj swoją różdżkę. Mam nadzieję, że nie będziesz musiała jej używać przeciwko złym ludziom. No idź już!
Wstała rano tak nagle, jakby ktoś oblał ją zimną wodą. Szybko doprowadziła się do porządku, zeszła na dół, ale w pokoju wspólnym był tylko Mark Spinnet, kolega Huncwotów z dormitorium.
- Cześć.
- O, hej, Dorcas.
- Black już wstał?
- A jak myślisz?
Meadowes uśmiechnęła się blado i ruszyła do sypialni chłopców. Zapukała raz i, nie czekając na zaproszenie, weszła do środka. Łapa, Rogacz i Glizdogon jeszcze spali, natomiast Lunatyk wychodził właśnie z łazienki, ubrany w czarną szatę Hogwartu.
- Cześć.
- Hej.Stało się coś?
- Mam interes - mruknęła i podeszła do łóżka swojego chłopaka. Szturchnęła go raz, nic. Drugi, nic. Trzeci, też nic. Zaczęła się niecierpliwić. Rozejrzała się po pokoju, ale najwidoczniej nic nie wpadło jej do głowy, ponieważ wyciągnęła różdżkę i machnęła nią bez słowa. Łóżko Syriusza poszło do góry i obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni tak, że chłopak spadł na podłogę.
- Czy to smok?! - krzyknął, wstając szybko. Potem rozejrzał się po pokoju, nie do końca jeszcze rozbudzony, aż jego wzrok zatrzymał się na Dorcas. - Co się stało?
- Masz trzy minuty, żeby się ubrać. Musimy pogadać.
Łapa podrapał się po głowie i zebrał swoje rzeczy, po czym ruszył do łazienki, zastanawiając się, co tym razem przeskrobał.
Wyszedł po chwili, która dla Meadowes wydawała się wiecznością.
- No w końcu - mruknęła, kiedy tylko drzwi się otworzyły. - Chodź - powiedziała i pociągnęła go za rękę. - Wróć. - Puściła. - Weź torbę, już nie zdążymy wrócić przed śniadaniem.
Dorcas również skoczyła po swoje książki, po czym ruszyła wolnym krokiem do Wielkiej Sali. W drodze opowiedziała chłopakowi całe wczorajsze zajście, nie ujawniając jednak swoich podejrzeń.
- Ślizgonom nie wolno ufać. - To był jedyny komentarz Syriusza Blacka do zaistniałej sytuacji.
- Czy ty mnie słyszysz w ogóle?! Ktoś od Lorda V. ma zamiar znowu przyleźć tutaj, znowu do mnie!
- I ty mu uwierzyłaś? - zapytał Black, patrząc na dziewczynę z politowaniem.
- Tak, uwierzyłam! - zaperzyła się. - A co ciekawe, wiedział, że ktoś próbuje mi się włamać do głowy.
- O czym ty mówisz? - Łapa stanął w miejscu, przyglądając się Dorcas z ciekawością.
- Pamiętasz, jak powiedziałam wam, że ktoś usiłuje wedrzeć mi się do głowy? - Black skinął głową. - To się dzieje cały czas. Co chwilę ktoś próbuje wleźć mi do umysłu, cholera wie, po co.
- I nie uważałaś za stosowne mi o tym powiedzieć?
- No cóż, ty nie uważałeś za stosowne mi uwierzyć.
Przez chwilę mierzyli się morderczym wzrokiem, po czym Black stwierdził:
- Trzeba się bliżej przyjrzeć temu chłopakowi.
- Po co? - Meadowes przewróciła oczami.
- A skąd on wie takie rzeczy? Skąd on wie o planach kogokolwiek od Voldemorta?
- Posłuchaj, to, że ktoś jest Ślizgonem, nie znaczy, że od razu kumpluje się ze śmierciożercami.
- Tak, jasne, twój najlepszy przyjaciel, Steven Grey, jest tego świetnym przykładem.
Posunął się o krok za daleko. O jeden maleńki kroczek.
Dorcas odskoczyła od niego, jakby uderzył ją w twarz. To zdanie bolało jednak o wiele bardziej. Popatrzyła na niego z niedowierzaniem, a ten od razu zorientował się, że zrobił coś strasznego. Westchnął cicho i zamknął oczy. Policzył do pięciu, po czym powiedział:
- Dobra, wiem. Przesadziłem. Przepraszam.
I otworzył oczy. Ale jej już nie było.
Była wkurzona. Już nawet nie chciało się jej płakać; miała ochotę trzasnąć go w twarz. Żałowała, że poszła, mogła zostać i mu przyłożyć. Poszła prosto do Wielkiej Sali, by zjeść śniadanie. Mało osób siedziało przy stołach; było jeszcze całkiem wcześnie. Posmarowała sobie bułkę dżemem i zjadła ją w szaleńczym tempie. Była niemalże pewna, że dostała wrzodów. Kiedy skończyła, wzięła swoją torbę i ruszyła pod klasę transmutacji, gdzie miała pierwszą lekcję. Niektóre obrazy na ścianach jeszcze drzemały, a Irytek budził je brutalnie, strzelając gumą balonową.
Sala była otwarta, więc weszła do środka. Popatrzyła na zegarek - do początku lekcji zostało jeszcze ponad pół godziny. Położyła torbę na swojej ławce, usiadła na blacie i wpatrzyła się w okno. Później wyciągnęła różdżkę i zaczęła nią kreślić różne kształty. Potem wyczarowała kanarka, a następnie kota, który zjadł kanarka, i białą myszkę, którą kot złapał i również zjadł. Później zamieniła najedzonego kota w kawałek pergaminu i położyła go na ławce. Chwilę potem przy użyciu różdżki i swojej wyobraźni zrobiła sobie pokaz spadających gwiazd. Było już jasno, ale żółte gwiazdki na tle ciemnego, kamiennego muru ślicznie się prezentowały. Maleńkie punkciki ginęły gdzieś przy posadzce, zastępowane co rusz nowymi.
Uczniowie zaczęli wchodzić do klasy. Pierwsza pojawiła się dwójka Krukonów; George Webber i Peter Terry. Meadowes chyba w życiu nie zamieniła z nimi ani słowa. George był przeraźliwie wysoki i chudy - miał czarne, rozczapirzone włosy, które podkreślały jego nienaturalnie bladą cerę, cienkie usta i wąski nos. Wydawał się być bardzo... mroczny, ale każdy, kto go bliżej poznał, wiedział, że jest to jeden z najbardziej zwariowanych ludzi na świecie. Jego towarzysz, Peter Terry był niższy i bardziej krępy, miał kasztanoworude kręcone włosy do ramion i mnóstwo piegów. Dorcas nawet gdyby nie znała jego akcentu, śmiało by mówiła, że jest Irlandczykiem. Pochodził z Dublina, z rodziny barmanów. Podobno umiał robić bajeczne drinki z Ognistej Whisky, ale Dorcas ich nigdy nie próbowała.
Kilka minut później do sali weszła Hannah Levesque, Puchonka. Jej mama to Francuzka, a ojciec Szkot. Mówiła w obu językach; dla Dorcas była ideałem piękna. Miała ciemne włosy po łopatki, hipnotyzujące lazurowobłękitne oczy, długie rzęsy i pięknie skrojone usta w malinowym kolorze. I ani jednego pryszcza na twarzy. No i nigdy w życiu nie chodziła z Syriuszem Blackiem, co czyniło ją jedną z najinteligentniejszych dziewcząt, jakie Dorcas znała.
Syriusz Black to kretyn.
Następnie do klasy weszła para dwóch Ślizgonek. Jedna była wysoką blondynką z włosami po pupę i metrem osiemdziesiąt wzrostu. Dorcas chyba nigdy w życiu nie usłyszała jej głosu, bo ta nawet przy ćwiczeniach używała zaklęć niewerbalnych. Dla Meadowes była dość... dziwna, a zarazem bardzo zdolna. I również nigdy w życiu nie chodziła z Syriuszem Blackiem, przez co Gryfonka patrzyła na nią nieco przychylniej.
Drugą Ślizgonką była dziewczyna całkiem przeciętnej urody, przeciętnego wzrostu i przeciętnej wagi. Kompletnie nie wyróżniała się z tłumu; w nauce również była przeciętna. Nikt nie wiedział, że rysuje przepiękne portrety i martwą naturę, bo nikogo to nie interesowało. Georgina Pevensy, bo takie było jej nazwisko, nie miała zbyt wielu przyjaciół i bardzo rzadko używała głosu; kumplowała się z Pauline Heaverstone, blondynką, tylko dlatego, że w swojej obecności nie musiały się odzywać.
Kilka minut później do pomieszczenia z impetem wpadł Garry Hudson. Zachaczył torbą o drzwi, potknął się o własne nogi i wywrócił najbliższą ławkę. Szybko jednak zapanował nad całą sytuacją, podnosząc ławkę i naprawiając torbę za pomocą różdżki.
Garry był Krukonem, a przy tym straszną niezdarą. W mniemaniu Dorcas był przeuroczy. I miał śliczne dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechał.
Chłopak był Amerykaninem. Pochodził z Tennessee; przeprowadził się do Leeds w wieku siedmiu lat. Nadal mówił ze śmiesznym akcentem i większość go właśnie po nim kojarzyła. Jemu wcale to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie - uważał to za swój atut i postanowił sobie, że w życiu nie będzie się starał mówić jak Anglik.
A później przyszli Gryfoni. Cała paczka wepchała się naraz do klasy; Dorcas zeszła z ławki i usiadła na krześle, pragnąc wniknąć w ścianę, do której się przytuliła.
- Cześć - powiedziała wesoło Lily, podchodząc do swojej przyjaciółki. - Myślałam, że cię porwali, czy coś. Nie było cię rano, kiedy wstałam, więc jak dla mnie coś było nie tak.
- Wszystko w porządku - rzekła Dorcas z uśmiechem. - Naprawdę.
Nie patrzyła na Syriusza. Nie miała najmniejszej ochoty go oglądać - zamierzała go ignorować tak dobitnie, jak tylko się da. Niestety usiadł razem z nią. Meadowes udawała, że go nie widzi, nawet wtedy, kiedy jego torba wylądowała tuż przed jej nosem.
Po kilku minutach do sali weszła profesor McGonagall. Miała na sobie szatę w brązowym kolorze, a włosy upięła w ciasny kok.
- Dzień dobry - powiedziała, siadając przy biurku.
- Dzień dobry - odpowiedziała klasa.
Nauczycielka wyciągnęła dziennik i zaczęła sprawdzać listę obecności. Po kilku minutach (nieobecny był tylko Alwar Matthew z Ravenclaw, bo leżał w skrzydle szpitalnym z porami zamiast uszu i twarzą w szramach, jako że zachciało mu się pojedynkowania ze Ślizgonem, oraz Nutris Paul, Puchon, który dostał ostrego zapalenia ucha) mogła przejść do lekcji. Na początku rozdała poprawione testy, jakie klasa pisała na ostatnich zajęciach przed feriami. Dorcas zdążyła już o nich zapomnieć, więc trochę się zestresowała, kiedy profesorka oznajmiła, że je ma.
Kiedy Meadowes dostała swój test, nie mogła uwierzyć własnym oczom.
- Ty to widzisz? - zapytała Blacka, zapominając zupełnie o tym, że miała go ignorować. Chłopak odwrócił wzrok od swojego kawałka pergaminu, w rogu którego widniało wielkie, czerwone W i spojrzał na test Dorcas. Uniósł wysoko brwi i spojrzał na dziewczynę. Ta była bardzo skonsternowana. - Co się w ogóle stało?
Wtedy Lily, która siedziała ławkę przed nimi, odwróciła się i zagadnęła wesoło:
- Co masz?
Dorcas otworzyła buzię, ale nic nie powiedziała. Nie za bardzo była w stanie. Black przewrócił oczami i ją wyręczył.
- Wybitny.
Lily uniosła brwi wysoko do góry i zapytała:
- Czy ty jesteś normalna? Gdybym ja dostała W z testu z transmutacji, to bym się popłakała ze szczęścia.
- A co masz? - spytał Black.
- P - odparła. - Pomyliłam się w definicji Prawa Sykiliusza.
Dorcas nie za bardzo jej słuchała. Właśnie dostała pierwsze W z transmutacji w całym swoim życiu.
Nastrój:
tagi: